fbpx

Jak zacząć biegać – analiza własnych doświadczeń

Jak zacząć biegać? – analiza własnych doświadczeń

Nie każdy lubi sport. Nigdzie nie ma przecież zresztą takiego obowiązku. Ale jednak wiemy, że dobrze i zdrowo jest się trochę rozruszać. Są i tacy, co bez sportu żyć nie mogą. No i tacy, którzy chcą, lubią – ale nie do końca wierzą w swoje możliwości. I chyba każdy, choćby po części, może się w tych grupach odnaleźć. Jak to było ze mną? Muszę przyznać, że przerobiłam chyba wszystkie polecane sposoby na motywację. I w końcu się udało.

Nie potrafię biegać

Większość osób, która mnie zna, pewnie wiele razy to ode mnie słyszała. Nie potrafię i już. Mogę cały dzień grać w siatkówkę, szaleć kilka godzin na zumbie. Ale biegać to ja nie potrafię. Ledwo zacznę, a już po paru krokach włącza się w mojej głowie blokada, która mówi „hola, hola! Przecież Ty się męczysz. No i nie umiesz”. I przestawałam biegać. Nie byłam w stanie tego przeskoczyć. Wiem, że nie była to kwestia beznadziejnej kondycji (z nią bywało raz lepiej, raz gorzej, ale fizycznie dałabym radę), tylko jakichś niewidzialnych hamulców w głowie. Uświadomienie sobie, że problem tkwi w mojej własnej blokadzie sporo zmieniło i pozwoliło zrobić krok do przodu.

Wzorowanie się na innych

Wśród rad, na które udało mi się trafić, było również znalezienie idola, autorytetu albo po prostu partnera do biegania. Rzekomo miałoby to lepiej wpływać na jakość mojego biegania, jak i samą motywację do niego. Rzekomo… bo nie do końca się to u mnie sprawdziło. Przynajmniej na początku. Po czasie przyznaję, bieganie w towarzystwie ma swoją wartość. Jednak na „dzień dobry” mnie to wręcz… przerażało. Bo nie dotrzymam tempa, będzie wstyd, że tak szybko spuchnę i odpadnę, bo nie dam po prostu rady. Także jeśli ktoś ma z początku podobne opory, tak jak ja, to proponuję spróbować kilka treningów zrobić w pojedynkę. Żeby też poznać lepiej swoje własne możliwości.

Muzyka… nadaje rytm

Nie od dziś wiadomo, że przy muzyce się lepiej ćwiczy. Owszem, niektórzy wolą ten czas spędzić tylko z własnymi myślami. Ale jednak odpowiednio dobrana playlista pomoże utrzymać dobre tempo, zwiększyć co jakiś czas prędkość, a w momentach, kiedy myślimy, że już nie damy rady – dodać trochę siły i energii. I naprawdę, po pierwszych próbach z treningami bez muzyki, kiedy wzięłam ze sobą słuchawki, poczułam się, jakbym odkryła Amerykę! Jasne, nie stałam się nagle żeńskim wcieleniem Usaina Bolta, ale zwyczajnie biegło mi się łatwiej i przyjemniej.

Chwila na odreagowanie w codziennym zabieganiu

Znaleźć czas na trening – to od dłuższego czasu było moje podstawowe wyzwanie w tej kwestii. Praca, domowe obowiązki, małe dziecko…wiecie, o czym mówię. Nawet jeśli udałoby się wieczorem wygospodarować jakiś moment na ćwiczenia, to zmęczenie brało górę. Zresztą, wybranie się na zajęcia fitness czy na basen to już urasta do rangi prawdziwej wyprawy (trzeba tam przecież dotrzeć, przebrać się, poćwiczyć, wrócić, itd.). A okazało się, że bieganie zajmuje zdecydowanie mniej czasu. Wiem, kolejne odkrycie Ameryki. Ale kiedy sama się przekonałam, że wystarczy założyć buty do biegania i ruszyć w trasę, nawet niedługą, okazało się, że ten czas jest znacznie łatwiej wygospodarować. A głowa ma chwilę na to, żeby odpocząć od codziennego zgiełku.

Nie potrzebujesz wyjątkowego przygotowania

Chodzi mi tu o wszelkiego rodzaju zaplecze w postaci specjalistycznych butów, strojów, sprzętów, itd. Kiedyś tak miałam – podpalałam się na jakąś konkretną aktywność i byłam przekonana, że bez odpowiedniego wyposażenia nawet nie mam, co próbować się tym zająć (producenci tego typu sprzętów mogli być ze mnie dumni). A potem, kiedy chęci, motywacji albo możliwości brakowało, te wszystkie buty, stroje i gadżety były moimi wielkimi wyrzutami sumienia. Bo przecież są, a z nich nie korzystam. Tym razem wyszłam z innego założenia. Trochę w tym zasługi tego, że staram się wprowadzać w życie zasady zero waste. No dobra, less waste. Czyli wykorzystuję to, co mam. Wzięłam stare, ale nadające się buty, starą „empetrójkę” i jeszcze starsze słuchawki, pierwsze lepsze getry z szafy. I okazuje się ,że świetnie się sprawdzają do takiego biegania. Rozbudowane smartfony i aplikacje jeszcze bardziej ułatwiają sprawę – jeśli chcemy np. mierzyć sobie odległość, czas, tempo.

Pierwszy start

Tak naprawdę od tego się u mnie zaczęło. Jest u nas w mieście impreza biegowa, która odbywa się od lat – Bieg Opolski. Widziałam ją już nie raz, wielokrotnie byłam, ale albo jako kibic, albo służbowo z racji pracy dziennikarza. I kiedyś postanowiłam, że wystartuję w tym biegu. Lata mijały, a ja nic w tej kwestii nie zrobiłam. Przyszedł moment, kiedy pojawiła się informacja o zapisach na kolejną edycję. Powiedziałam mężowi i…zapisaliśmy się. Uznaliśmy, że jest jeszcze masę czasu i damy radę. Czas mijał, a my dalej nie zaczęliśmy treningów. Trochę wstyd się przyznać, ale zmobilizowaliśmy się dość późno. Ja do końca nie byłam przekonana, czy bieg ukończę. A jeśli nawet – to czy zmieszczę się w limicie czasowym. W pracy miałam niezłą motywację – nasz Kuba ma na swoim koncie biegi na 100 i więcej kilometrów (pewnie też kiedyś o tym opowie) i powiedział mi, że mam być spokojna, bo na zawodach zawsze wychodzi lepiej. I miał rację! Pobiegłam, ukończyłam i miałam jeszcze sporo zapasu do końca limitu czasowego. Czy będę brać udział w kolejnych startach? Trudno powiedzieć. Nie siedzę teraz przed komputerem wyszukując coraz to nowych biegów. Ale po prostu chce mi się biegać. Czekam na wieczór (bo wtedy jest mi najwygodniej) i ruszam. Nie codziennie, raz mniej, raz więcej, raz szybciej, raz wolniej – ale przekonałam się, że bieganie może być również dla mnie. No i nie robię tego dla kogoś, dla wyników, kibiców – nie czarujmy się, w igrzyskach olimpijskich to ja nie wystartuję. Ale dla własnego komfortu i przyjemności. A chyba o to w tym chodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *